|
Sezon łowiecki wkraczał w końcowe porykiwania byków, stadni mocarze powoli
opuszczali chmary łań i zaszywali się w najgłębszych ostępach boru. Na
polach pozostawały jeszcze nieliczne okopowe. Podczas szacowania szkód
łowieckich wyrządzonych w marchwi, w celu spisania końcowego protokołu,
zostałem zaproszony wraz z Tadkiem, kolegą z koła, specjalistą od
szacowania, do domu rolnika. Gospodyni ugasiła nasze pragnienie szklanką
soku z marchwi. Na zakończenie wizyty, gdy opuszczaliśmy gościnne progi,
gospodarz spytał: a nie wiecie panowie myśliwi kto by chciał psa
myśliwskiego? Oddam darmo, mnie nic po nim, kury łapie, króliki dusi,
szkody robi we wsi, nie trzyma się domu, z łańcucha się zerwał, więc
musiałem zamknąć go w klatce. W tamtym czasie miałem w domu trzy suki:
Posokowca bawarskiego, Małego münsterlandera, oraz Jamnika krótkowłosego
miniaturę, co prawda suki były już leciwe i niewiele pomocne w polowaniu.
Nie byłem nigdy zwolennikiem hodowania psów z niewiadomego pochodzenia,
zawsze wychowywałem sam szczeniaki, więc ofertę zbyłem.
Z
pod stodoły dochodziło szczekanie, a że jestem psiarzem, to musiałem
zobaczyć tego myśliwskiego psa, chociażby po to, by domyślać się jakie
rasy mogły to "cudo" stworzyć i do jakiego polowania gospodarz by go
polecił. W klatce szerokiej na sześćdziesiąt centymetrów, dwa metry
długiej i wysokiej na metr, znajdował się czarny podpalany pies, który
jednostajnie szczekał na nieznajomych. Podeszliśmy bliżej, naszym oczom
ukazało się coś co było kiedyś psem. Czarna sierść była naprawdę
popielata, podkasany brzuch, wystające wyrostki kręgosłupa, obciągnięte
skórą kości miednicy, oraz odznaczające się żebra wskazywały na bardzo
zabiedzoną suczkę Whippet'a, jedynie głowa mówiła o przynależności do
innej rasy, tak rasy, byłem przekonany, że tak szlachetna głowa musiała
powstać w wyniku przemyślanej hodowli. Tadek zagadnął gospodarza: skąd
pochodzi ten ogar?, gdyż jego ojciec, stary myśliwy, leśnik hodował
dawniej ogary i Tadek doskonale pamiętał polowania z nimi. Gospodarz
opowiedział historię suczki, jak trafiła od "miastowych", zamykana w
mieszkaniu, podczas gdy domownicy byli w pracy robiła dużo szkód. Pogryzła
dywany, meble, zrzuciła telewizor. W dobrej wierze właściciele z miasta
oddali psa na wieś, tam będzie mu dobrze, dużo swobody, ruchu, wiejskie
jedzenie. - Ta suka ma papiery, a rasa nazywa się Gończy polski,
poinformował gospodarz i na dowód wyskrobał paznokciem błoto z ucha psa
pokazując tatuaż. My nazywamy ją
LUTNIA, tak
jak ci państwo z miasta – oświadczył. Zrobiło mi się żal hrabianki, którą
losy pokierowały do wiejskiego więzienia, za jej naturę, za to czego od
niej oczekiwał człowiek, przez wiele lat tworząc cechy psa pomocnego mu w
polowaniu. Rolnik, chcąc mieć stróża, walory myśliwskie ograniczył w
prosty sposób, klatką, więzienie równie skutecznie chroniło dziewictwo
suki Pozostało jej tylko przezwisko nadane psu gończemu, którego gra
podczas polowania informuje myśliwego o wszystkim, co dzieje się podczas
gonu. Byłem przekonany, że przezwisko Gończemu nadał hodowca, było bardzo
pasujące do rasy. Nie było mowy żebym ją przygarnął, czwarty pies? -
szaleństwo! Postanowiłem suczce znaleźć innego opiekuna.
Po przyjeździe do domu opowiedziałem całe zdarzenie, małżonka i reszta
domowników, wszyscy psiarze, z zainteresowaniem wysłuchali całej historii
współczując suczce, ale pełni rozsądku, zgodnie stwierdzili, że należy
znaleźć kogoś, kto należycie opiekowałby się zwierzęciem. Rozsądku
zabrakło synowi Grzegorzowi, który powiedział: a ja ją chcę! Nie pomagały
perswazje, powoływanie na brak czasu dla czterech psów, trudność
wyszkolenia dwuletniej suki, brak rodowodu, Grzesiek postanowił mieć tego
Gończego. Przyznam, że zawsze chciałem mieć Ogara polskiego, polską rasę
myśliwską, miałem pod ręką Gończego polskiego, rozważałem – zostawię sobie
jedno szczenię z miotu i ułożę do polowania według swoich zapotrzebowań,
ale to będzie jeszcze jeden pies w domu, a może
LUTNIA
okaże się przynajmniej dobrym tropowcem? Tropowca potrzebowałem, gdyż mój
posokowiec tracił powoli węch. Traciłem zdrowy rozsądek. Od tego czasu
powroty z rewiru, w którym poluję przebiegały przez miejscowość gdzie w
nie sprzątanej klatce, karmiona raz dziennie resztkami ze stołu "pana", do
których czasami wetknięto rarytas w postaci kurzych piszczeli, mieszkała
polska hrabianka. Nie miałem odwagi wstąpić do obejścia, by ją zobaczyć,
liczyłem na przypadkowe spotkanie. Po każdym powrocie z polowania Grzesiek
sprawdzał, czy przypadkiem nie przywiozłem psa.
Nareszcie
sytuacja dojrzała, najważniejsza w domu osoba – żona, zgodziła się żeby
suczka do chwili znalezienia jej nowego, godnego opiekuna, przebywała w
naszym domu. Kolejny wyjazd na polowanie nie przyniósł mi efektu w
postaci upolowanej zwierzyny, wracając, wiedziałem, że będzie należał do
bardziej udanych. Dreszczyk emocji mrowił mi plecy. Obawiałem się, czy
gospodarz nie oddał już komukolwiek psa, czy może rozmyślił się i
zatrzyma suczkę? Wjechałem na podwórze, powitało mnie ostre szczekanie
psa, oznajmiające, że w obejście wtargnął intruz. Pies pomimo marnej
zapłaty, służył wiernie gospodarzowi, pomyślałem. Pełen obaw,
przypomniałem ofertę gospodarza z przed kilku tygodni, była aktualna,
ale już nie darmowa. Gospodarz zażądał w zamian w przyszłości jakiegoś
domowego szczeniaka, bez wahania zgodziłem się. Odpiąłem pasek od
sztucera, zapiąłem go do obroży, która kiedyś była częścią końskiego
rzędu i obawiając się agresji wprowadziłem sukę do "malucha". Były
właściciel ostrzegł mnie – niech Pan uważa, może złapać. Pies, cały
drżąc z emocji i strachu siedział na tylnym siedzeniu, zdeprymowany
nowym miejscem, skulony, cały czas czujny, gotowy do obrony. Przebywał
zaledwie w odległości kilkunastu centymetrów od intruza, którego
niedawno oszczekiwał. Mnie też było nieswojo, gdyż czułem, panicznie
przyśpieszony, wilgotny oddech tuż na plecach. W czasie drogi cały czas
mówiłem do suczki, próbując ją uspokoić. Nie dawało to zbyt wiele. Po
kilku kilometrach zatrzymałem się, by psa wyprowadzić i spokojnie
pooglądać nowy nabytek bez świadków, tak jak ogląda się upragniony
samochód w czasie drogi do domu po jego zakupie, dostrzegając jego wady
i rysy na lakierze, które wcześniej amok zakupów nie pozwolił zobaczyć,
a które domownicy zaraz wytkną. Suczka zachowywała się nieufnie, nie
mogłem spuścić jej z prowizorycznego otoku, obawiając się że mi
ucieknie. Na siedzeniu w rogu zobaczyłem coś co było celem wyprowadzenia
psa. Nieprzygotowany na taką przygodę poświęciłem do posprzątania
niespodzianki rękawice robocze, które zawsze służyły mi do obsługi auta.
Zachowanie psa świadczyło o przeżytym wielkim stresie. Po
kilkudziesięciu metrach spaceru zauważyłem, że suczka bardzo dobrze
chodzi przy nodze, więc jakieś podstawy wychowania ma. Powoli uspokajała
się, musieliśmy jechać dalej, niechętnie zajęła miejsce w pomieszczeniu
które było zbyt małą budą na "dużego dwunożnego białego psa" i
filigranowej w porównaniu z nim suczki. Po przybyciu, nerwowo zwiedziła dom i ogród. Agresywnie zachowywała się do spokojnych psów,
które mieszkały u nas od urodzenia, szybko wyrobiła sobie pozycję
przewodnika stada. Wszystkim bardzo się spodobała, pomimo zaniedbania
cechowała się szlachetnym wyglądem.
Już nie szukaliśmy nikogo, żeby oddać
LUTNIĘ.
Zaczęliśmy od wizyty u lekarza, suczka była zagrzybiona, zapchlona i
bardzo wychudzona. Poprzedni właściciel ograniczał jej "karmę" w celu
osłabienia temperamentu jakim obdarzyła ją natura.
LUTNIA
jadłaby cały dzień, karmiliśmy ją często, ale w niewielkich porcjach. Suka
szybko budowała sylwetkę. Długie spacery po lesie, pierwsze polowania,
praca na ścieżkach tropowych i dobra karma pozwoliły psu dojść do
doskonałej formy psychicznej i fizycznej. Minęła zima, zaczęliśmy myśleć o
sezonie wystawowym, należało dotrzeć do rodowodu. Tatuaż mówił, że
szczenię pochodziło z oddziału krakowskiego. Dzięki uprzejmości Pani
Magdaleny Musiał dotarliśmy do hodowcy Gończych polskich i
LUTNI,
obecnie mojego serdecznego przyjaciela Wojtka Machaja, ten z kolei wskazał
nam osobę która od niego kupiła szczenię. Po rozmowie telefonicznej z
prawnym właścicielem dowiedzieliśmy się, że
LUTNIĘ Cnotliwy Nos
możemy zatrzymać, a rodowód zostanie przesłany pocztą. Na pierwszej jej
wystawie która odbywała się w Zabrzu, nasza suczka dostała złoty medal w
otwartej klasie, w następną niedzielę na międzynarodowej wystawie we
Wrocławiu była już Zwycięzcą Rasy. Do tej pory zdobyła tytuły: Championa
Polski, Zwycięzcy Polski, Zwycięzcy Europy Środkowej i Wschodniej w
Poznaniu, wielokrotnie ogłaszano ją Zwycięzcą Rasy, wielokrotnie zdobyła
wnioski na międzynarodowego i krajowego championa. Jest ozdobą każdej
wystawy, na której się znajduje.
LUTNIA
dała
nam do tej pory dwa mioty, jej potomstwo święci nie mniejsze sukcesy niż
ona sama. W roku 2001 na Klubowej Wystawie Ogarów i Gończych polskich w
Łodzi, nasza hodowla została uznana za II Najlepszą Hodowlę Gończych
polskich, jej córki
LARA i
LANCA
zostały uznane za Najlepszą Parę Psów. Pod względem użytkowym jest mi
bardzo pomocna, zwłaszcza jako tropowiec, jej dzieci zaczynają ją powoli w
pracy wyprzedzać.
LUTNIA
nigdy nie zgubiła złotego pantofelka, co nie przeszkodziło by z wiejskiej
zagrody trafić na salony największych wystaw w Polsce i być na nich
najpiękniejszą księżniczką.
Przypadkowe,
ale barwne spotkanie z Gończym polskim pozwoliło mi tę rasę pokochać,
związać się z nią na całe życie, cenić jako towarzysza łowów i nie
zdradzić jej dla żadnej innej.
 |